Częstochowski Klub Miłośników Historii

im. Mecenasa Jana Pietrzykowskiego

Referat został wygłoszony na IV Sympozjum Historyków Regionalistów Ziemi Częstochowskiej 11 października 2014 r.

Dlaczego nie "pan" ale "obywatel" - dowodził na łamach Głosu Narodu w marcu 1945 r Sławomir Folfasiński: Obecnie słyszy się w Polsce zamiast dawnego "pan" - "obywatel". Nie jest to przypadkowe, ani nie powinno być objawem przejściowym.
Otwieramy wileński słownik języka polskiego, oparty na Lindem i czytamy: "Pan to władca kraju, miasta, włości, to właściciel, posiadacz prawny, to ktoś, czyja własnością są poddani, słudzy, niewolnicy, to osoba rozporządzająca życiem bliźniego, to człowiek znakomitego znaczenia, bogactw, przewagi.
W tym samym słowniku zaś "obywatel" to mieszkaniec kraju, prowincji, miasta, to członek narodu, a przede wszystkim człowiek cywilnie i politycznie wolny, równy wszystkim mieszkańcom, w obliczu prawa.
"Pan" to tytuł dawnej Polski szlacheckiej, stanowej, to tytuł Polski inteligenckiej, nigdy zaś ludowej, prawdziwie, istotnie demokratycznej. Powinniśmy pilnie zważać na nasz sposób zwracania się do bliźnich. Niech "pan" nie panoszy się między nami, a miejsce jego niech zajmie, w rozmowach z obcymi - "obywatel", w rozmowach z dalszymi znajomymi - "wy", a bliższymi - "ty". Tak będzie lepiej, bo prosto, szczerze i jasno.
Jeżeli większość ludzi, członków rozmaitych narodów, stosuje przy porozumiewaniu się formę "wy" lub "ty" - dlaczego my jedni upieramy się przy "panu". Czy z przyzwyczajenia ? Czy może z niedemokratyczności ?"

W 1945 r słowa adresowane były do ludzi, którzy mogli pamiętać podobny dylemat stawiany w publicznej debacie w 1920 r.
Tuchaczewski prowadził wojska na "pańską Polskę" chcąc by była Polską ludową.
Piłsudski, radząc mu by brał d... w troki i wracał do swoich, tłumaczył, że w Polsce Panem jest zarówno Pan Bóg jak i Pan Chłop. I tego warto bronić.
Folfasiński, człowiek skądinąd dobry i inteligentny, miał tą przewagę na Tuchaczewskim, że rad swoich, z przekonania lub konformizmu, udzielał w sytuacji, gdy trudno było nie brać ich do serca. Nie tylko on, ale szereg podobnych językoznawców w mundurach i po cywilnemu, narzuciło pewien styl, pamiętany przez wielu z nas.

Podział społeczny wyznaczał odpowiedni epitet. Towarzysz takim określeniem można było połechtać wyłącznie serce działacza partyjnego. W Niemczech to określenie miało podwójne znaczenie: genosse ( parteigenesse) oznaczało wysokiego członka NSDAP lub KPD, a kameraden towarzysza walki lub pracy.
W Polsce niegdyś bywali towarzysze cechowi czy łowieccy, ale w latach 50 -tych XX w, określenie to stało się ekskluzywne. Niżej było słowo obywatel, zrodzone jako citizen (mieszkaniec miasta) w dobie rewolucji francuskiej. Tak należało prawidłowo zwracać się do władzy (nie partyjnej), lub tak zwracała się władza do nas (mas).
Mówiło się "obywatelu kierowniku", do nas milicjant przemawiał "słuchajcie obywatelu". Przy słowie obywatel obowiązywała formuła "wy". Pan/ pani to oczywiście krążyło jako relikt w towarzystwie. Reliktem, pochodzącym z feudalizmu, był i jest zwyczaj, że władza: biały kołnierzyk", urzędnik, inżynier itd., do robotnika fizycznego mówi per "ty". Bo tak zawsze zwracano się do chłopa pańszczyźnianego.
Dylemat "pan" - "obywatel" przypomina nam w wspomnianym wypadku czas, gdy prawidłowość słownictwa przekładała się na prawidłowość postawy politycznej. Bałbym się mówić, że jest to czas miniony. Słowo nie służy tylko opisowi rzeczywistości, słowo rzeczywistość konstruuje.

Epitet zwyczajowy mógł i często określał postulowane cechy. Mówiąc waszmość (wasza Miłość) postulowaliśmy cnotę publiczną, jaka jest okazywana przez silniejszego i bogatszego miłość do biedniejszych i słabszych. Społeczeństwo stanowe wytworzyło cały zakres owych cnót postulowanych.

  • jaśnie wielmożny (illustrissimus ac magnificus) - senator, a węc wojewoda, kasztelan, starosta żmudzki, jeden z koronnych i litewskich 5 "ministrów", również magnat któremu musimy schlebić...
  • wielmożny (magnificus) - urzędnik grodzki lub ziemski...
  • urodzony (generosus) - właściciel przynajmniej jednej wsi...
  • szlachetny (nobilis) - szlachcic cząstkowy, zagrodowy, Dzierżawca...

W listach JWP to Jaśnie Wielmożny Pan, WP to Wielmożny Pan, WMMP to Wielce Mi Miłościwy Pan itd. Książąt, czyli kniaziów tytułowano często Jaśnie Oświeconymi...

  • godny (spectabilis) - zamożny patrycjusz dużego miasta, zwykle członek władz miejskich...
  • zacny (honoratus) - patrycjusz...
  • sławetny (famatus/famosus) - średniozamożny rzemieślnik...
  • opatrzny (providus/circumseptus) - ubogi rzemieślnik...
  • uczciwy (honestus) - rzemieślnik wiejski lub mieszczanin z małego miasteczka żyjący po części z rolnictwa...
  • pracowity (laboriosus) - chłop...
  • przewrotny/niewierny (perfidus/infidelis) - Żyd...
  • przewielebny (reverendissimus) - biskup ordynariusz...
  • wielebny (reverendus) - biskup sufragan, prałat, prepozyt, Opat...
  • dostojny (venerabilis) - kanonik, proboszcz...
  • czcigodny (honorabilis) - wiejski pleban, wikary...
  • mąż znamienity (vir excellens/egregius) - uczony, lekarz, filozof.


Oczywiście Żyd bywał perfidny tylko w oczach chrześcijańskich. W oczach własnej wspólnoty mógł być bogobojny lub wszystkowiedzący.
Postulowane cnoty odzwierciedlały złożoność społecznego podziału. I słusznie, bo przyjmijmy do wiadomości (ponieważ mowa nie oszukuje), że równość ludzi jest fikcją. Dziś także stosując tytulaturę od równości uciekamy. Równość bez odniesienia jest utopijną ułudą. Można być równym wobec prawa, równym wobec śmierci, można domagać się równych praw i ponosić równe obowiązki. Ale w najbardziej egalitarnym i demokratycznym społeczeństwie zawsze będą jednostki mądrzejsze i głupsze, pracowitsze i leniwe, zaradne i bezradne.
A skoro nierówność jest stanem naturalnym to i naturalną rzeczą jest odzwierciedlenie jej odpowiednim epitetem.

Po odzyskaniu Niepodległości w 1918 r zniesiono tytuły szlacheckie (bo Polska wolna miała być ludowa i demokratyczna), ale do Radziwiłła nadal zwracano się Książe. Czas był oświecony wiec tytuły arystokratyczne wyparte zostały tytułami naukowymi lub stopniami wojskowymi. Bardziej, dodajmy, widoczne to było w Niemczech i dawnych Austro-węgrzech, gdzie każdy półinteligent (że przypomnę Hansa Franka, Goebelsa czy Rosenberga) kazał się tytułować doktorem.
Po II wojnie światowej próbowano wyrugować w imię egalitaryzmu "pana", ale jakby reakcją na to była tytułomania stanowiskowa. Fruwały w egalitarnym świecie słowa: panie inżynierze, panie redaktorze, panie kierowniku, panie referencie... Gdy chcieliśmy kupić coś w sklepie przymilnym głosem błagaliśmy ekspedientkę tytułując "pani kierowniczko"; kelner bywał tak jak przed wojną panem starszym, gryzipiórek co najmniej redaktorem lub referentem.
Postulowana słowem rzeczywistość odzwierciedlała marzenia o awansie społecznym.

Tytuł jest monetą podlegającą deprecjacji na skutek inflacji. Tytuł profesora był i jest ceniony, dopóki był tytułem rzadkim i cenionym przez noszącego. Sam przyzwyczajony jestem do respektowania hierarchii autorytetu, w dyskursie naukowym głos profesora jest wyrocznią; ale nawet prorok nie nadużywa swego daru.
Profesor Niesiołowski jest jako profesor autorytetem w zakresie muszek i komarów, ale jako polityk, jest tylko posłem. Błagać tu czasem wypada niektórych naukowców, by wypowiadając się na tematy, w których nie są specjalistami, nie nadużywali w swych wystąpieniach posiadanych tytułów.

Inflacja jest pokłosiem nadmiernego popytu. Nie dziwiły dawne pieczątki (wizytówki) z poprzedzającym nazwisko skrótem mgr; było też ze nazwisko ozdabiano epitetetem: technik; dziś trzyma się jeszcze skrót dr, ale jak długo? 20 lat temu było 3 tyś doktorów, dziś doktoraty pisze 40 tyś ludzi...
Inflacja znaczenia jest nieunikniona. Przemiany rugują tytuły tracące na społecznym prestiżu. Doktor na określenie lekarza jeszcze trzyma się mocno; ale kto dziś stosuje określenie "magister" oznaczające farmaceutę. Coraz rzadziej słyszy się tytuł "redaktor", trudno nim nazywać kogoś redagującego pisma bulwarowe. W moim dawnym zawodzie określenie "komentator" zastępowane jest "blogerem", a publicysta lub reporter stały się synonimami ginących zawodów (prawie jak szewc, krawiec, garncarz).

Ewolucja nazw odzwierciedla także zmiany pozytywne. Zobaczmy jak zmienia się określenie człowieka, załatwiającego w urzędzie sprawę. Dawniej był petentem, antyszambrujący przed gabinetami; zwracającym się do biurokratów i gryzipiórków pokornym tonem: "pani kierowniczko, panie referencie". Dziś zanikł biurokrata, wiec w miejsce petenta jest interesant lub klient. Interesanta na mocy brukselskiego słowotwórstwa zastępuje interesariusz; klientyzm rozprzestrzenia się dzięki partiom politycznym.

Wyzwaniem, bardzo poważnym, jest kwestia epitetowania kobiet. Można żartować ze sporów tyczących się określenia gender; lecz problem jest i pozostaje. Jak wiedzą zwłaszcza protestanci, kobieta duszy ma duszę dopiero od niedawna katolicy zauważyli to w 585 r na synodzie w Macon, protestanci w 1591 w Winterberdze. Jeszcze dłużej kobieta nie posiadała osobowości prawnej, występować w jej imieniu musiał ojciec, brat lub mąż. Kobieta nie miała własnego nazwiska jest ojcowskie " Kapsówna, Tuskówna" itp, lub męża Kapsowa, Tuskowa...
W języku czeskim nie ma do dziś innej formy określania kobiecych nazwisk, nawet kanclerz Merkel jest tam Merkelową, a premier Kopacz Kopaczową
W Polsce dość szybko, jeszcze przed II wojna światową, zaniknął zwyczaj epitetowania kobiet w zależności od stanu cywilnego: panna, pani (w Niemczech Frauilein, Frau; w Anglii Miss, Mrs). Znacznie dłużej, zwłaszcza w postgalicyjskim Krakowie utrzymywało się określenie kobiet "stanem" męża: pani redaktorowa, mecenasowa, profesorowa.

Żeńskie określenie zawodów rodziło się i odzwierciedlało feminizację poszczególnych zajęć. Była tkaczka, ekspedientka, kelnerka, dojarka; lecz brakowało szoferki, górniczki czy hutniczki. Stanowiska wyższe były domeną męska, akceptował język słowa kierowniczka, urzędniczka, ale już nie dyrektorka, prezeska. Jest więc rzeczywistym problemem wprowadzanie takich zmian językowych by naturalnym było dla nas zjawisko kobiety na wyższym stanowisku bądź kobiety wykonującej zawód dawniej przypisany męskiej części świata.
Ale tu łatwo popaść w śmieszność skrajności. Konserwatyzm wynika nie tylko z przywar lecz i z szacunku dla litery prawa. W Częstochowie dwie panie były Prezydentami Miasta; nie można ich było nazwać Prezydetkami ani Prezydentą, bo prawo jako organ publiczny przewiduje męskie określenie Prezydent. Jest także w przepisach prawnych określenie Minister (nie Ministra), są prezesi zarządów (spółek, stowarzyszeń), nie ma prezesek. Możliwe jest używania słowa Premiera (nie ma funkcji premier jest Prezes Rady Ministrów), ale nie Marszałkini Sejmu.
Jeżeli z obawy przed nazwaniem ciemnogrodem boimy się konserwatyzmu, to przynajmniej szanujmy literę prawa.

Każdy jednakże konserwatysta wie, że świat się zmienia (bynajmniej nie na lepsze). Prędzej czy później musimy akceptować zmiany w epitetowaniu ludzi. Przyjąć skutki inflacji, deprecjacji i feminizacji z odwagą i otwartością.
Mam tylko nadzieję, że nadal żyć będę w Pańskiej Polsce, gdzie jest i Pan Bóg i Pan Chłop, Pan Robotnik i Pan Profesor. Gdzie równorzędnie jest Pani Premier, Pani Minister, Pani Profesor...


Jarosław Kapsa

Puls Regionu - listopad-grudzień 2014


© 2015-2016. All Rights Reserved. Grzegorz Czepiczek.
strzałka do góry